Kartkę z takim napisem znalazłem w Londynie i stwierdziłem, że to dobra mantra-hasło-przewodnie na ten rok. Mimo to program rozwoju osobistego „starzenie się z godnością” wychodzi mi różnie. W ostatni weekend wpierw postanowiliśmy odmłodzić wizerunek przy pomocy mojego rodzeństwa ciotecznego (7, 9 i 12 lat), które przygarnęliśmy na pół dnia. K, który – łagodnie mówiąc – ma uśpione instynkty ojcowskie, wpierw podszedł do wizyty trójki dzieci w mieszkaniu ze znikomym entuzjazmem, by nie powiedzieć z jawną niechęcią. Przekonała go ostatecznie wizja, ze wpierw zabierzemy dzieci do restauracji i będziemy wyglądać jak Brangelina. Obaj finalnie jakoś przeżyliśmy ten wieczór. Ja zapewniłem dla dzieci catering, nadopiekuńczość i nagrodę dla najmniej grzecznego w postaci nocnego mycia okien w całym bloku. K w tym czasie z przejęciem informował wszystkich na liście kontaktów w komórce, że „jest u nas trójka dzieci, to takie nowe doświadczenie, czuję się z tym dziwnie itp.” Gdy późnym wieczorem je odwieźliśmy, musiałem się reanimować nowymi odcinkami „True Blood”, „Lost” (mimo, że od kilku sezonów nie wiem już kto żyje, kto nie, w jakim czasie dzieje się akcja i czego naprawdę chce wyspa) i lodami Haagen-Dazs o smaku Dulce de Leche (pod względem odżywczym - pasza dla fałdy, pod względem smaku - niebo w gębie, jakby powiedziała Edyta PKP Zając). Kuracja poskutkowała i gotów byłem do wyjścia do klubu.
Po kilkumiesięcznej przerwie, w końcu zajrzeliśmy do Galerii. Okazało się, że pod naszą nieobecność w klubie zaszła zmiana pokoleniowa. Masa chłopięcych wydań Miley Cyrus, tak mnie speszyła, że gdy K namawiał do tańca, odburknąłem, że będzie to wyglądało, jakby na szkolnej dyskotece ktoś poprosił wychowawcę na parkiet. Gdy puścili remix „Cruel Summer” Ace of Base (może nie wszyscy tak daleko sięgają pamięcią, ale to piosenka z głębokich lata 90-tych), stwierdziłem, że DJ zobaczył nas dwóch i posyła muzyczną dedykację.
Niczym Miranda Priestley wyszliśmy dość szybko i pojechaliśmy zobaczyć nowe Rasko. Właściwie to nawet zdania nie chcę mi się poświęcić, na to imprezowe nieporozumienie. W każdym razie właściciel lokalu jest przemiły, z zawodowych kontaktów wiem, że ma złote serce i autentycznie życzę mu, żeby nowa lokalizacja okazała się przebojem, ale ja ręki do tego nie przyłożę.
K stwierdził, że skoro mamy gorączkę speluniastej nocy, to musimy jeszcze pojechać do Toro. Tam nie byłem chyba od roku. Pierwsze surrealistyczne doświadczenie, to kolejka do wejścia i ochroniarz wpuszczający, co jakiś czas po 4 osoby. Na wszystkie świętości to przecież Toro! W środku wreszcie tłum zróżnicowany wiekowo. Zaraz po wejściu wpadliśmy na długo nie widzianego Osieckiego. Tego wieczoru zaprezentował raczej symboliczne poczucie taktu, wpierw patrząc na moją klatkę piersiową i pytając „Chodzisz jeszcze na siłownię?”, a następnie maglując K: „Naprawdę nie masz jeszcze 30 lat? Ale tak na serio?”. Jego zakłopotanie post-faux-pas było jeszcze zabawniejsze.
Następnego dnia wpierw brunch-all-you-can-eat na bogato w Bristolu ze znajomymi K. Trochę sztywno, od razu pomyliłem widelce i finalnie w ogóle się nie najadłem. Później oczywiście siłownia i prosto po niej kawa z Agatą. Planowaliśmy wpaść do dopiero co otwartego Starbucksa, ale tłum w środku skutecznie nas zniechęcił. Zdegustowana Agata stwierdziła, że tak to nie było nawet w Starbucksie w Malezji. Żarliwie namawiałem ją, żeby powiedziała to na głos obok kolejki, ale nie chciała się skusić. Ostatecznie trafiliśmy do Costa Coffee. Mam do tej sieci ogromny sentyment po ostatniej wizycie w Londynie. Trafiłem do lokalu, w którym pracowały same Polki, w tym jedna niemiłosiernie przeklinająca. Gdy odezwałem się po polsku, na jakieś 3 sekundy straciła animusz, po czym odzyskała blazę, odwróciła się do reszty i zrezygnowana powiedziała „Praca w Londynie…”.
Miniony weekend był też pierwszym weekendem z nowym nabytkiem K – oczyszczaczem powietrza. K ma tak, że jak się na coś uprze, to nie ma siły, żeby go odciągnąć od tego pomysłu i tym razem padło na oczyszczacz. K zapowiadał, że ta maszyna sprawi, że w mieszkaniu będzie nie tylko świeże powietrze, ale również zawsze czysto. Innymi słowy miała zastąpić odkurzacz, szmatki, pronto i być droższą alternatywą dla otwartego okna. Po raz ostatni tak wysoko miałem uniesione brwi, gdy przeczytałem w „Galce” wywiad z Piaskiem. (Wywiad jest obłędny w momentach, gdy Piasek mówiąc o życiu osobistym, posługuje się sformułowaniami typu „potrzebuję i mam obok siebie DRUGIEGO CZŁOWIEKA”, „to, że nie widać walizek TEJ OSOBY, to nie znaczy, że tej osoby nie ma ze mną” i moje ulubione „nie żyję półprawdami”). Maszyna przyjechała, ma rozmiary Kylie Minogue i wyraźnie słychać, gdy jest uruchomiona. Co do jej skuteczności, to na dzisiejszy wieczór mamy zaplanowane generalne porządki. K nadal uważa, że miał świetny pomysł, a ja rozmyślam, co można by kupić za pieniądze wydane na tego szarlatana.
A skoro już wspomniałem o „Galce”, to czy ktoś może mi wytłumaczyć, co się stało z Moniką Richardson? Leżymy wczoraj w łóżku, czytamy prasę plotkarską, a tu nagle sesja zdjęciową z Moniką rozłożoną na parkiecie jak Madonna w „Give It 2 Me” i myśl, że jakaś biedna staruszka nieelegancko upadła. Na zdjęciach wyraźnie widać jej majtki, ma na sobie ciuchy w stylu Lady BlaBla (lub GaGa jak ktoś woli), a w wywiadzie opowiada o seksie z mężem, który ma zgruchotaną miednicę i nie porusza się z poezją. Too much information! Do tego pełno kwestii, którymi karmiła nas już Kinia Rusin: „dzięki „TZG” odkryłam swoją drugą naturę, kobiecość, figurę, waginę...”. Nigdy za Moniką nie przepadałem, ale zdecydowanie wolałem ją, zanim wzięła się za „ocieplanie wizerunku”. Kiedyś strach było na nią patrzeć, bo miażdżyła wyższością, teraz boję się, że zobaczę jej majtki i usłyszę o rozpalonych w tańcu żądzach matki dwójki dzieci.